IV Niedziela WP rok A 2020

Czy ty wierzysz w Syna Bożego?
Pytanie Jezusa skierowane do uzdrowionego niewidomego: „Czy wierzysz w Syna Bożego?” jest nieustannie aktualne. To pytanie jest stale kierowane do mnie, do Ciebie, do tych, wśród których żyjesz, do każdego z nas. I każdy z nas powinien je sobie ustawicznie zadawać: „Czy ja wierzę naprawdę w Syna Bożego?” Od odpowiedzi na to pytanie zależy przecież całe moje życie, wszystko co robię i czego robić nie powinienem. Co więcej od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko moja doczesna przyszłość, ale także cała moja wieczność!
Oczywiście odpowiedź nie jest ani prosta, ani łatwa. Uzdrowiony niewidomy – w dzisiejszej Ewangelii – zadał pytanie, “A któż to jest, abym w Niego uwierzył?” Ja wiem, kim On jest, znam Go, bo jestem katolikiem, bo mi o Nim powiedziano. I dlatego powinienem zadać sobie być może inne pytanie: „A co to znaczy wierzyć w Niego? Jakie są tego konsekwencje?” A może co robić, aby wiara moja nie była tylko pustą, słowną deklaracją bez pokrycia? Wielu się do Niego (dla różnych zresztą celów i powodów) przyznaje, wielu deklaruje wiarę w Niego, ale niewielu chce zgodnie z tymi słownymi deklaracjami postępować. Czy aby nie jestem jednym z nich? Czy aby wiara moja nie ogranicza się tylko do słownych deklaracji, które ostatecznie tak niewiele kosztują i które zawsze można – w razie potrzeby – zmienić, boć przecież „tylko krowa nie zmienia swoich poglądów”. I czy to będzie biskup, ksiądz, czy zakonnik, żona, matka, czy ojciec, dyrektor, czy księgowy, czy palacz centralnego ogrzewania, student, młody człowiek, czy dziecko każdy musi sobie na te właśnie pytania uczciwie i konkretnie odpowiedzieć.
Chrystus nie pyta: „Czy wierzysz w księdza, proboszcza, katechetkę, ale czy wierzysz we Mnie? Czy wierzysz mi, bez względu na to, co inni robią i jak się zachowują? Zdanie i zarzut: „Przestałem wierzyć w Boga, bo taki lub inny ksiądz mnie zraził” jest tylko wymówką, jest tylko szukaniem kozła ofiarnego i próbą usprawiedliwiania swego złego postępowania.
Chrystus stale mnie osobiście pyta: „Czy wierzysz we mnie?” A przy zmartwychwstaniu zada jeszcze jedno pytanie: „Co z tą wiarą zrobiłeś?” Co Mu wtedy odpowiem?

Pewien człowiek, który uważał się za niewierzącego spadł kiedyś z urwiska.
Posiadał szybki refleks, udało mu się więc złapać za gałąź jakiegoś krzaka, który wystawał ze zbocza.
Wisząc nad przepaścią zaczął krzyczeć z całych sił:
Boże, ratuj mnie!
Jego krzyk spotkał się z całkowitym milczeniem.
Ale człowiek nadal wołał:
Boże, ratuj mnie!
Wówczas dał się słyszeć głos z góry:
Wszyscy tak mówią gdy są w tarapatach.
Ale nie ja, Panie!
Mówię naprawdę szczerze.
Będę mówił o Tobie wszystkim.
Uwierzę we wszystkie Twoje słowa – obiecywał zdesperowany.
Dobrze.
A więc puść gałąź – powiedział Bóg.
Mam puścić gałąź?
Nie jestem szalony!

I jeszcze jedno. Przerażająca jest ślepota współczesnego świata, który nie chce widzieć w Chrystusie Boga i Zbawiciela. Jesteśmy jak faryzeusze w naszym powtarzaniu: „A kto śmie nas pouczać, nas oświeconych!” Porażająca i przerażająca jest ślepota współczesnego człowieka. W związku z epidemią koronawirusa nasz parafianin przysłał mi obraz Pana Jezusa w cierniowej koronie z napisem: „Świat odrzucił w koronie Chrystusa, więc ma w koronie wirusa”.
Dziwna ślepota, która ogarnia ludzi, jest chorobą nie oczu, ale duszy. Człowiek dostrzega wtedy to, co chce widzieć i tak, jak chce widzieć. Taka choroba zniekształca rzeczywistość i powoduje, że zaślepiony człowiek żyje w świecie ułudy i mirażów, a nie w świecie realnym. Skutki tego typu schorzenie są dwojakie – nie tylko nie zauważamy żyjącego obok nas bliźniego, ale i sam Bóg znika z naszego pola widzenia.. Co więcej, ta fragmentaryczna percepcja jest niejednokrotnie tylko projekcją naszych pragnień i oczekiwań, a nie kontaktem z realnymi obiektami rzeczywistości. I dlatego Chrystus proponuje nam uzdrowienie, przywrócenie wzroku, abyśmy mogli ujrzeć świat taki, jakim Bóg go stworzył i jakim Bóg go widzi (1Sm 16:7). Nasz bowiem ogląd nie jest ani prawdziwy, ani dogłębny, a pozory przecież mylą. To, co my sami bierzemy za trwałe i ważne, okazuje się ulotne i drugorzędne. Bóg bowiem inaczej patrzy i widzi inaczej. Wybiera to, co słabe i to, co wzgardzone przez człowieka, aby nikt wobec Boga się nie chełpił (1 Kor 1,25-29). Ta boża optyka, to postrzeganie świata rozjaśnionego bożym blaskiem wydają się nam czasami nie do przyjęcia, a przecież światłość, którą Chrystus przynosi na świat, jest światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka (J 1,9), jeśli tylko człowiek nie chce uparcie trwać w ciemności (J 8,12; 12,35)
Może dzisiaj, w czasach współczesnych, rozświetlonych tak wieloma pozornymi światłami i świecidełkami, trzeba nam przejrzeć i nie dać się uwieść i oślepić światłom lamp, które po przedstawieniu zgasną? Może nie powinniśmy zaopatrywać się w coraz bardziej finezyjne okulary i soczewki, ale wypatrywać światła nadprzyrodzonego, aby rozpoznać to, co w naszym życiu naprawdę ważne? (Ez 12,2)
Nie mów, że widzisz, skoro być może już dawno straciłeś z oczu to, co najważniejsze, skoro widzisz już tylko to co chcesz, a najczęściej jedynie koniec własnego nosa.